poniedziałek, 17 listopada 2014

Baza nie do zdarcia? - Gosh Mineral Waterproof Eye Shadow



Z kosmetykami Gosh nigdy nie było mi po drodze. Ograniczony dostęp do nich sprawił, że nie interesowałam się ich produktami. Niedawno w mojej kosmetyczce pojawił się mineralny cień w pisaku tej firmy, który kupiłam po namowach pani z niewielkiej drogerii osiedlowej ;) Pierwszy kosmetyk Gosh w moich zbiorach i od razu strzał w dziesiątkę? Czy to możliwe?


Pani tak skutecznie zachwalała właściwości tego cienia, że w końcu kupiła mnie, a ja z kolei kupiłam odcień 009 ROSE. Kolor ROSE to jasny, perłowy róż, który ładnie rozświetli spojrzenie, ale nie przytłoczy nas swoją perłą. Cień GOSH można nosić  na powiece samodzielnie lub  jako bazę pod inne cienie. I szczerze przyznam, że ten drugi sposób bardziej przypadł mi do gustu. 


2,5 grama cienia GOSH ukryte jest w solidnym plastikowym pisaku, który gładko się odkręca. Skuwka sztyftu szczelnie  się domyka, o czym informuje nas charakterystyczne kliknięcie. Dzięki temu mamy pewność, że cień nie wyschnie i długo będzie zachowywał swoje właściwości. 
Konsystencja cienia jest raczej satynowa, na pewno nie jest maślana. Łatwo go rozprowadzić cienką warstwą na całej powiece i uzyskać subtelny efekt. Jeśli macie ochotę na mocniejszy kolor i mocniejszą perłę wystarczy zaaplikować kolejną warstwę. Jeśli chcecie rozetrzeć cień GOSH to spieszcie się, bo zastyga dość szybko. 
Cień GOSH stosowany jako baza pod inne cienie sprawdza się u mnie idealnie. Choć muszę zaznaczyć, że nie mam bardzo tłustych powiek więc nie wiem jak będzie się nosił właśnie na nich. U mnie efekt jest więcej niż zadowalający. Cienie zaaplikowane na "sztyft" GOSH trwale do niego przylegają i co ważne nie zmieniają swojego pierwotnego koloru. Blendowanie na takiej bazie jest bezproblemowe, nie muszę się więc obawiać, że sypkie cienie nałożę nierównomiernie. Makijaż oczu wygląda świeżo i schludnie przez kilkanaście godzin. Nic się nie kruszy, nie spływa i nie wałkuje w załamaniach. Cień GOSH to baza nie do zdarcia. Wieczorem przy demakijażu nie musimy się martwić, że wraz z zastygniętym cieniem zdejmiemy sobie nieco naskórka. Szczerze to nie namęczymy się w ogóle, ponieważ cień GOSH łatwo schodzi przy użyciu wacika nasączonego zwykłym płynem micelarnym. Jak dla mnie bomba!

nie taka straszna ta perła 

Gosh Mineral Waterproof Eye Shadow dostępny jest w 10 odcieniach. Jeśli szukacie niezwykle trwałego cienia lub bazy przedłużającej trwałość sypkich cieni to warto wypróbować ten produkt. Czasami można go upolować z 50% zniżką w cenie 19,99 zł. Polecam.

Ściskam
Karolina x x x

piątek, 3 października 2014

Fru do kosza czyli powakacyjne denko.

Dziś będzie długi post bo i produktów, które trafiły do kosza było całkiem sporo. W większości to produkty, które towarzyszyły mi w okresie letnim. Zapraszam.

  1. Bielenda Aromatherapy Olejek do Kąpieli Cyprys + Olejek Grejpfrutowy - nie sugerowałbym się nazwą, bo ten produkt olejkiem na pewno nie jest. To zwykły żel pod prysznic czy płyn do kąpieli. Jednak sięgam po niego dość często ponieważ uwielbiam jego mocno pobudzający zapach, który na długi czas wypełnia łazienkę i utrzymuje się na skórze. "Olejek" świetnie się pieni i oczyszcza.
  2. Kremowy Żel pod Prysznic Nivea Creme Care - bardzo dobry żel o kremowej konsystencji. Spełnia swoją funkcję, a do tego ma charakterystyczny zapach dla kosmetyków Nivea. Wiem, że niektóre z dziewczyn narzekały na "uciekającą" konsystencję, która spływała z dłoni. Zupełnie nie zauważyłam tego, wręcz przeciwnie bardzo dobrze współpracowało mi się z tym żelem nawet bez użycia gąbki. Nivea Creme Care tworzy dość gęstą pianę i co najważniejsze nie doprowadza do przesuszania. Fajny zapach na zimniejsze dni.
  3. Żel pod prysznic Alverde Mięta i Bergamotka - szkoda, że kupiłam tylko jeden. Żel ma bardzo dobry skład pełen naturalnych ekstraktów. Konsystencja i właściwości myjące na piątkę. Zapach zdecydowanie rewitalizujący, ale nienachalny. Żel delikatnie chłodził, jednak nie było to mocne mrowienie. Cudeńko.
  4. krem do rąk Isana Olive - u mnie sprawdził się naprawdę dobrze. Lekka konsystencja dość szybko się wchłaniała i pozostawiała skórę dobrze nawilżoną i wygładzoną. Idealny krem do stosowania w ciągu dnia. Warto go mieć zawsze w torebce.
  1. krem do ciała Olio di Argan - balsam o aksamitnej i lejącej konsystencji, który szybko się wchłaniał i pozostawiał skórę pięknie nawilżoną, wygładzoną i sprężystą. Jak nie jestem miłośniczką balsamowania, to ten produkt skradł moje serce. Olio di Argan jest łatwy w obsłudze i daje efekt, który zachwyca. Bardzo lubię.
  2. Shea Butter Body Balm Grecki by Organique - masło do ciała z masłem shea i olejkami naturalnymi. Zakochałam się w tym zapachu! Więcej o nim pisałam w tym poście.
  3. antyperspirant w kremie Ziaja Active - fajny cytrusowy zapach, niska cena, ale jak dla mnie efekt nie był zadowalający. Bywały dni kiedy nie czułam się świeżo po jego zastosowaniu. Dezodorant miał też tendencję do bielenia czarnych ubrań. Nie kupię ponownie. Zostaję przy moich kulkach Vichy.
  4. woda toaletowa Eau de Sisley 2 - najwspanialszy odświeżacz do ciała podczas wakacji. Zapach dosłownie świeży i czysty. Na kompozycję zapachową składają się bergamota, bazylia, kardamon, irys, egipski jaśmin, fiołek alpejski i róża. Nuty bazy to głębokie i ciepłe połączenie patchouli, cedru, wetiwerii i sandałowca. A dla mnie i tak pachnie słonecznikiem. Uwielbiam, druga butelka już w użyciu :)
  1. Maseczka do włosów Alterra z granatem i aloesem - bardzo przyzwoity produkt, który pojawił się wśród moich ostatnich ulubieńców. Świetnie nawilża włosy i wygładza. Rozczesywanie ich po jej użyciu to po prostu bajka. Zostaje ze mną na dłużej.
  2. Szampon Alterra z morelą i pszenicą - lubię ten szampon za połysk jaki nadaje włosom. Co ważne nie obciąża ich i nie plącze. Wracam do niego bardzo często i niech już tak zostanie. 
  3. Szmpon Alverde z cytryną i morelą - z założenia szampon bardzo podobny do tego z Alterry. Jego głównym zadaniem jest nadanie włosom blasku, co też czyni, jednakże przegrywa z szamponem Alterra ponieważ plątał włosy i lekko je obciążał na koniec dnia. Nie zagości ponownie w mojej kosmetyczce.
  4. Nawilżająca maska do włosów Alverde z hibiskusem i aloesem - produkt podobny do maseczki nr 1, ale i tym razem kosmetyk z Rossmanna okazał się lepszy. Maska Alverde niby nawilżała włosy, niby nie było problemu z ich rozczesywaniem, ale koniec końców włosy były oklapnięte i bez życia. Spróbowałam i nie mam zamiaru do niej wracać.

  1. Krem pod oczy Estee Lauder Revitalizing Supreme Global Anti-Aging Eye Balm - przeciwzmarszczkowy i mocno regenerujący. Producent twierdzi, że można go  nawet stosować jako maseczkę pod oczy. U mnie takie zastosowanie nie sprawdziło się ponieważ krem EL od razu się wchłaniał. Skóra po nim była rzeczywiście jedwabista i dobrze odżywiona, a zmarszczki mniej widoczne. Szczerze mówiąc to spodziewałam się czegoś bardziej treściwego. Czy kupię ponownie? Chyba nie, bo moja sucha skóra wokół oczu potrzebuje czegoś więcej.
  2. Krem LaRoche Posey Effaclar K -  z całej rodziny kremów Effaclar ten najstarszy z literką K jest moim ulubieńcem. Stosowany regularnie świetnie oczyszcza cerę z niedoskonałości, odblokowuje pory z zaskórników, zmniejsza widoczność porów oraz reguluje nadmierne wydzielanie sebum. Świetny krem czyścik do cery tłustej i mieszanej. Ważne też, że nie powoduje przesuszania. Nie jest to moje pierwsze opakowanie Effaclar K i pewnie nie ostatnie, bo bardzo lubię to co robi z moją buzią. 
  3. MAC Mineralize Volcanic Ash Exfoliator - czarny peeling z pyłem wulkanicznym i drobinkami cukru. Bardzo dobry produkt, który genialnie wygładza i ujednolica skórę. Usuwa oczywiście martwy naskórek i nadmiar sebum. Buzia jest po zabiegu aksamitna i niesamowicie gładka. Bardzo dobry produkt, szkoda tylko, że kosztuje 140 zł.
  4. Krem-żel nawilżający Biotherm Aquasource - produkt przeznaczony do cery normalnej i mieszanej. Świetny krem, który jest dogłębnie i długotrwale nawilżający. Na dodatek oczarował mnie  świeżym, lekko ogórkowym zapachem. Aquasource bardzo dobrze sprawdził się latem jako krem pod podkład ponieważ nie powodował świecenia. Zdecydowanie kupię ponownie.
  1. Próbka Clinique High Impact Mascara - osławiony tusz, który ma pogrubiać i podkręcać nasze rzęsy. Niby to robi, ale jego mokra konsystencja tylko utrudnia to zadanie i powoduje sklejanie rzęs. Moja próbka tuszu musiała swoje "odleżakować" żebym potem tylko stwierdziła, że w sumie to przeciętniak. Nie skuszę się na pełnowymiarowe opakowanie. 
  2. Próbka tuszu Estee Lauder Sumptuous Extreme - bardzo fajny tusz, który zwiększał objętość rzęs i ładnie je rozdzielał. Dość klasyczna, zwężająca się ku górze szczoteczka pozwalała na precyzyjne dotarcie do włosków osadzonych w kącikach oczu. To co bardzo mi się podobało w tej maskarze to fakt, że rzęsy były wyraźnie podkreślone, ale jednocześnie miękkie w dotyku. Polecam.
  3. Puder Chanel Les Beiges no. 50 - mój zdecydowany faworyt wśród pudrów brązujących. Dość jasny w pełni matowy odcień idealnie nadaje się dla blondynek. Puder zaaplikowany na całą twarz nadawał skórze zdrowego, lekko opalonego wyglądu. Naniesiony na kości policzkowe idealnie ją modelował. I muszę przyznać, że to eleganckie opakowanie z lusterkiem w środku zawróciło mi w głowie. 
  4. Tanita plastry z woskiem do depilacji twarzy z miodem - plasterki do depilacji miejsc na twarzy przeznaczone do skóry wrażliwej. Skuteczne, tyle mogę powiedzieć w kwestii ich działania. Wyrywały to co miały wyrywać (głównie wąsik) i nie powodowały podrażnień. Po zabiegu nie pojawiały się krostki charakterystyczne po depilacji. Plus za umieszczenie w opakowaniu tubki z oliwką, która łagodziła i świetnie zmywała pozostałości wosku ze skóry. Dobry i tani produkt, polecam.
Znacie? Lubicie? Zgadzacie się? A może macie zupełnie odmienne zdanie na temat tych produktów? Dajcie znać.

Ściskam
Karolina x x x




wtorek, 23 września 2014

Eyeliner They're Real! Benefit


Sporo szumu wywołało wprowadzenie na rynek eyelinera They're Real! firmy Benefit. Miał on zrewolucjonizować i przede wszystkim uprościć sposób malowania kresek. Ucieszyłam się, gdy w moje ręce wpadła próbka They're Real! Push-up liner. Bez wydawania niepotrzebnie pieniędzy mogłam rzeczywiście wypróbować, czy to takie cudo jak je reklamowano. Z racji tego, że mistrzynią kresek nie jestem, z zaciekawieniem sięgnęłam po produkt Benefit. Jak wyszło, o tym dalej.



Moja próbka (0,36 g) to miniatura oryginalnego opakowania. W środku znajduje się produkt, który reklamowany jest jako niezmiernie trwały i wodoodporny. Eyeliner Benefit ma mocno przylegać to linii rzęs i nadawać oczom wyrazistego wyglądu. 


Pierwsze co rzuca się w oczy to nietypowy aplikator. Zamiast tradycyjnego pędzelka czy pisaka na ogół stosowanych w eyelinerach, w produkcie Benefit znajdziemy ukośnie ścięty i spłaszczony silikonowy aplikator z dość wąskim otworem w środku. Specjaliści z firmy Benefit podobnież pracowali aż pięć lat nad wymyśleniem takiego rozwiązania. I może sam aplikator byłby rzeczywiście dość poręczny, gdyby nie konsystencja i formuła eyelinera.



Konsystencja jest dość zwarta i trudno mi z nią pracować. Daleko jej do maślanej konsystencji choćby mojego ulubionego eyelinera Maybelline w żelu. Na swatchach poniżej widać, że liner They're Real! jest dość suchy i niestety tworzy prześwity przy malowaniu. Namalowanie nim jednolitej kreski jednym pociągnięciem dłoni jest wręcz niemożliwe. Potrzebne są poprawki by uzyskać ładną i pełną kreskę. I tutaj pojawia się problem, bo przy poprawkach i dokładaniu kolejnych warstw linera zaczyna się on kruszyć i opadać na policzek. Sprzątanie gwarantowane. 
Gdy już uporamy się z namalowaniem kreski, efekt jest całkiem znośny; to co od razu rzuca się w oczy to przyjemnie matowy wygląd kreski. Taki efekt podoba mi się bardzo. Na tym właściwie koniec pozytywów, bo w ciągu dnia They're Real! odciska się na powiece i tworzy czarne ślady przy jej załamaniu. Niestety nie był to jego jednorazowy wybryk, działo się tak za każdym razem, gdy byłam nim umalowana. Pytam się w takim razie, gdzie ta jego niesamowita trwałość ?


Miało być rewolucyjnie, a wyszło jak zwykle. Według mnie produkt jest trochę przekombinowany i za dużo z nim zabawy dlatego zostanę przy tradycyjnym pędzelku i eyelinerze w słoiczku. 

Miałyście okazję go wypróbować?

Ściskam
Karolina x x x







niedziela, 14 września 2014

Organique Shea Butter Body Balm w greckiej wersji zapachowej

Po wakacjach okazało się, że wśród kosmetyków, które zabrałam na urlop znalazło się kilka produktów, które trafiły na moją nową listę ulubieńców. Balsam do ciała Shea Butter Body Balm Organique o zapachu greckim trafił właśnie na moją listę kosmetycznych hitów.

W składzie balsamu, a właściwie masła do ciała znajdziemy masło shea, olej sojowy, olej z awokado i pestek winogron oraz substancje zapachowe. Jak można się spodziewać masło Organique jest dość tłuste i zbite. Przed aplikacją należy niewielką ilość balsamu rozgrzać w dłoniach, a następnie rozprowadzić na skórze. Już naprawdę niewielka ilość wystarczy aby natłuścić i wygładzić skórę. Muszę jednak przyznać, że balsam dość długo się wchłania, a na skórze zostawia tłusty film. Nie wszystkim będzie to odpowiadać, mnie jednak to zupełnie nie przeszkadzało latem kiedy nosiłam lekkie sukienki. Jednak to nie właściwości pielęgnacyjne masła Organique skradły moje serce. Tym czymś okazał się natomiast zapach! Intensywny, lekko słodki, który na myśl przywodzi gumę balonową. Zapach nie jest na szczęście chemiczny i bardzo długo utrzymuje się na skórze. Po zastosowaniu masła Organique często rezygnowałam już z użycia perfum ponieważ zapach był tak oszałamiający. Oszałamiający, ale jednocześnie dawał żyć ludziom, z którymi przebywałam w jednym pomieszczeniu :) Właściwie nie było osoby, która by nie spytała "co tak ładnie pachnie".
Balsam okazał się bardzo wydajny. 100 ml słoiczek wystarczył mi na miesiąc codziennego stosowania. Uważam to za całkiem niezły wynik.



Balsam dostępny jest stacjonarnie w sklepach Organique w wielu wersjach zapachowych. Można go kupić na wagę z bloku lub w fabrycznie zamkniętym słoiczku o pojemności 100 lub 200 ml. Cena za 100 ml opakowanie wynosi coś ok. 25 złotych.

Po tak miłym debiucie, mam ochotę wypróbować więcej produktów Organique. 

Jeśli znacie tę markę i macie jakieś sugestie chętnie ich wysłucham.

Ściskam
Karolina x x x





wtorek, 9 września 2014

Shiseido UV Protective Liquid Foundation SPF 30

Wracam po przerwie wakacyjnej, podczas której testowałam w dość ekstremalnych warunkach klimatycznych podkład Shiseido UV Protective Liquid Foundation SPF 30. Temperatury sięgały 40 stopni, a słońce operowało naprawdę mocno do wczesnych godzin wieczornych. Potrzebowałam podkładu do zadań specjalnych i wybór padł właśnie na produkt firmy Shiseido w kolorze Medium Ivory. Jak się sprawdził? Jakie są jego plusy i minusy? Zapraszam do lektury.

Producent reklamuje swój produkt jako "lekki, doskonale kryjący podkład z wysokim filtrem SPF. Odporny na pot, wodę i sebum. Utrzymuje świeżość i matowy wygląd skóry przez cały dzień. Doskonale nawilża skórę. Nie zatyka porów". Większość z tych obietnic to rzeczywiście prawda. Podkład ma bardzo rzadką i lejącą konsystencję, która jednakże ma wysoko kryjące właściwości. W opakowaniu znajdziemy gąbeczkę, którą można aplikować podkład, jednak ja porzuciłam ją na rzecz własnych paluchów. I taki sposób aplikacji sprawdził się w moim przypadku najlepiej. Uprzedzam, że podkład ten należy nakładać szybko i sprawnie ponieważ już po kilku chwilach zastyga na twarzy. Na szczęście nie tworzy smug i ładnie stapia się ze skórą. Po zastygnięciu nie tworzy efektu maski, nie staje się też zupełnie matowy, co akurat jest plusem bo twarz wygląda nadal naturalnie. Wysoki filtr jest także nieocenioną zaletą tego cudeńka ponieważ wyklucza konieczność stosowania dodatkowej ochrony. 

W ciągu dnia podkład Shiseido zachowywał się bardzo przyzwoicie. Na kilka godzin rzeczywiście matowił skórę, a pot nie powodował spływania czy znikania fluidu z twarzy. Nie testowałam go w morzu czy basenie więc nie wypowiem się na temat jego właściwości w takich warunkach. Kolejnym plusem jest to, że podkład Shiseido rzeczywiście nie zatykał porów i pomimo ciężkich warunków nie spowodował wysypu zaskórników czy wyprysków. Na plus muszę również ocenić genialne opakowanie. Poręczny plastikowy flakonik z kulką w środku (opakowaniem należy zawsze mocno wstrząsnąć przed aplikacją) i aplikatorem w postaci "dzióbka" świetnie dozował podkład, nie było mowy o żadnym wylewaniu pomimo wyjątkowo lejącej konsystencji.

Można by rzec, że ten podkład to same ochy i achy. Nie do końca. Nie jest prawdą, że podkład ma właściwości nawilżające. Wręcz przeciwnie, zauważyłam przesuszanie i skubaniec miał tendencję do podkreślania wszelkich suchych skórek na twarzy. Długo szukałam kremu, który by dobrze współgrał z tym podkładem. Strzałem w dziesiątkę okazał się Biotherm Aquasource do cery normalnej i mieszanej, który świetnie niwelował wysuszające właściwości fluidu Shiseido. Minusem okazał się także kolor, który wybrałam. Robiąc zakupy przed wyjazdem specjalnie kupiłam podkład o mniej więcej dwa tony ciemniejszy od mojej cery, co jednak okazało się niewystarczające. Po dwóch tygodniach wakacji stał się już za jasny i wtedy przeszłam na podkład mineralny kryjący Annabelle w kolorze Natural Medium. Ot, taka specyfika wakacji i bycia smaganym przez słońce :)

Podumowując, Shiseido UV Protective Liquid Foundation SPF 30 lubię za:
+ lekką konsystencję
+ mocne krycie
+ trwałość
+ odporność na spływanie i ścieranie
+ wysoką i skuteczną ochronę SPF
+ matowy wygląd
+ opakowanie

Co mi w nim przeszkadzało to:
- ogólne przesuszanie cery (grunt to dobrze dobrać krem podkładowy)
- podkreślanie wszelkich suchych partii na twarzy. 

Ściskam ponownie :)
Karolina x x x



piątek, 1 sierpnia 2014

Lipiec na zdjęciach z telefonu

Lipiec był fajnym miesiącem. Obfitował w słoneczne i gorące, czasami wręcz upalne dni, co akurat bardzo lubię. Obfitował także w bardzo miłe spotkania. Przeglądając zdjęcia w telefonie stwierdziłam, że urlop dopiero przede mną, a już właściwie odpoczęłam i lekko zresetowałam się w lipcu. Miło było przebywać z ludźmi, których naprawdę lubię i jeść te wszystkie pyszności. Na zdjęciach wycinek z mojego lipcowego żywota :)
Leniwe popołudnie z granitą malinową
spacer wieczorową porą... nowo otwarty woonerf czyli podwórzec miejski
przyjemność dla podniebienia i umysłu...kocham Poirota za wszystko!
w taki upał to jedyny ratunek :)
śniadanie na mieście, niebo w gębie...grzanki z serem kozim, miodem i tymiankiem :)
uwielbiam tę porę roku za jej bogactwo świeżych składników, tutaj drugie śniadanie w malinowym kolorze
sobotnia zachciewajka. z owoców, mascarpone, śmietanki i herbatników powstała pyszna bomba kaloryczna! :)
gdyby ktoś go nie znał, pomyślałby ANIOŁEK :)
Teoretyczne przygotowania do wyjazdu czas zacząć
na kanapie leży leń...właściwie dwa lenie :) 
wieczorne tortury vel masaż bańką chińską
zbrojenie do wyjazdu
taka tęczowa sytuacja ;)
ten  klimat Łodzi trzeba po prostu lubić :)
moje miasto się zmienia...zmienia na lepsze ;)
Tymczasem znikam, znikam na chwilę :)
Do usłyszenia 
Ściskam
Karolina x x x

środa, 30 lipca 2014

Ulubieńcy ostatnich tygodni

Tak jakoś  wyszło, że ulubieńcy ostatnich tygodni to w głównej mierze produkty pielęgnacyjne. Kosmetyków kolorowych wśród ulubionych produktów znalazło się jak na lekarstwo. Wynika to zapewne z faktu, że upalna pogoda nie sprzyjała noszeniu dużej ilości "tapety" więc makijaż ograniczyłam do minimum. Poniżej kosmetyki, które sprawdziły się i nadal sprawdzają, a stosowanie ich to prawdziwa przyjemność.

  1.  Płyn micelarny 3 w 1 Garnier - moim zdaniem na równi skuteczny i delikatny jak ten skuteczny z Biodermy czy Vichy. Genialnie usuwa makijaż i nie powoduje żadnych podrażnień czy alergii. Z powodzeniem zmywam nim oczy. Średnio radzi sobie, a właściwie nie radzi sobie w ogóle w tuszem wodoodpornym, ale i tak mu wybaczam. Ogromna butla 400 ml z ergonomicznym zatrzaskiem i całkiem przyzwoita cena na pewno zachęcają do zakupu.
  2. maseczka do włosów Alterra z granatem i aloesem - moje zachłyśnięcie się wegańskimi kosmetykami Alverde do pielęgnacji włosów sprawiło, że nie po drodze było mi z tą serią z Rossmanna. Jaka szkoda, że dopiero teraz po nią sięgnęłam! Maseczkę stosuję jak zwykłą odżywkę, nakładam ją na kilka minut po umyciu włosów. Po spłukaniu włosy są śliskie i bardzo dobrze się rozczesują. Po wysuszeniu są gładkie, błyszczące i dobrze nawilżone. Ułożenie fryzury nie nastręcza  problemów. Włosy po maseczce Alterra nie są obciążone i nie mają tendencji do szybszego przetłuszczania się. Bardzo lubię!
  3. serum Flavo-C Forte Auriga - sięgam po nie kilka razy w roku. Tym razem zależało mi na rozjaśnieniu przebarwień i zaczerwienień po wykwitach trądzikowych na brodzie oraz spłycenie zmarszczek wokół ust. Stosowałam je oczywiście na całą twarz wieczorem pod krem.Przy aplikacji jednakże skupiałam się na wymienionych obszarach. Poprawa kondycji skóry jest widoczna gołym okiem. Zaczerwienienia stały jaśniejsze, skóra wygląda na zdecydowanie bardziej napiętą przez co i zmarszczki są również mniej widoczne. 
  4. fluid (krem) Alverde Anti-Aging Q10 Vitamin Fluid z rokitnikiem - bardzo lekki krem z witaminami i koenzymem Q10. Działania przeciwstarzeniowego nie zauważyłam, natomiast skóra po nim jest dobrze nawilżona i wygładzona. Krem Alverde idealnie sprawdza się przy zastosowaniu pod podkład. Krem jest niesamowicie lekki, ale treściwy. Jeszcze jeden plus za opakowanie z hermetyczną pompką, która precyzyjnie dozuje krem. Jedyne co mogę zarzucić temu kremowi to, to że podczas nakładania na twarz wyczuwalna jest lekko woń alkoholu, która jednak znika po kilku sekundach. 
  5. Blistex Lip Relief Cream - słońce, suche powietrze i moja wrodzona tendencja do oblizywania ust sprawiły, że w pewnym momencie stały się one bardzo suche i wrażliwe na dotyk. Blistex przyniósł im ukojenie. Jego dość lekka konsystencja daje zaskakująco duże nawilżenie. Właściwie jednorazowe użycie sprawia, że znika suchość i napięcie. Lekko mentolowy posmak i chłodzące właściwości kremu do ust są teraz latem zaletą.
  6. KIKO Long Lasting Stick Eyeshadow 07 - bardzo dobry produkt, o którym pisałam w tym poście. Nic się nie zmieniło w kwestii mojego lubienia tego cienia :)
Koniecznie pochwalcie się swoimi ulubieńcami :)
Ściskam
Karolina x x x

poniedziałek, 28 lipca 2014

Mint Candy Apple by Essie

W standardowej szafie Essie znajdziemy dwa lakiery oscylujące wokół seledynu i mięty. Pierwszym, nieco ciemniejszym i zdecydowanie żywszym kolorem jest Turquoise&Caicos, drugim kolorem, który można określić jako typowo rozbieloną miętę jest Mint Candy Apple. Kiedy T&C dokonał swojego żywota, postanowiłam wypróbować jego jaśniejszego kolegę MCA.

Porównanie: od lewej T&C, po prawej MCA



Tak jak już wspomniałam, Mint Candy Apple to kremowa mięta, która już od kilku sezonów jest hitem i z powodzeniem gości na naszych letnich paznokciach. Konsystencja MCA jest bardzo przyjemna w aplikacji. Jabłuszko od Essie nie bąbelkuje, nie smuży i nie robi prześwitów. Dwie warstwy dają pełne krycie w przeciwieństwie do T&C, który dawał krycie dopiero przy trzeciej warstwie. Schnięcie lakieru jest standardowe, tak samo jak jego trwałość - nie za krótko, nie za długo lecz w sam raz :) 



ups...mogłam wyczyścić skórki ;)

Mint Candy Apple to taki wesoły lakier, idealny na ciepłe dni. Ze względu na jego fajny odcień i łatwość w obsłudze MCA na pewno znajdzie swoje miejsce w mojej wakacyjnej kosmetyczce.

A wy jakie lakiery zabieracie ze sobą na wakacje? Dajcie znać.

Ściskam mocno
Karolina x x x





środa, 23 lipca 2014

Przygotowania do wakacyjnego wyjazdu

Zaczęłam zbrojenia do wyjazdu. Te kosmetyczne i nie tylko. Za kilka dni wyruszę w drogę. Przede mną długi zagraniczny wyjazd, który muszę odpowiednio zaplanować  i do którego wypadałoby się porządnie przygotować :)

W kwestii kosmetyków, które zabieram postanowiłam ograniczyć się do minimum. Oczywiście to co widzicie na zdjęciu to nie wszystko co wyląduje w mojej kosmetyczce, a jedynie produkty, które chciałam pokrótce omówić, gdyż z mojego punktu widzenia zasługują na chwilę uwagi.
  • kulka Vichy towarzyszy mi od lat. Nie znam lepszego dezodorantu. Wszystkie "zdrady" na rzecz innych antyperspirantów uświadamiają mi, że to chyba miłość do grobowej deski. Zazwyczaj jestem wierna zielonej wersji tego dezodorantu, ale podczas ostatnich zakupów skusiłam się na wersję Stress Resist. Działaniem nie różni się niczym od zielonej kulki, skuteczna jest w każdych warunkach, choć muszę przyznać, że zapach tej czerwonej bardziej przypadł mi do gustu. To koloński zapach, bardziej typowy dla męskich kosmetyków, który ja akurat bardzo lubię. Na wakacjach w Hiszpanii na pewno nie da plamy ;)
  • lakier Essie Mint Candy Apple - kremowa mięta w wakacyjnym kolorze; dobrze się aplikuje i świetnie komponuje z opalenizną. Jedzie ze mną na bank :)
  • podkład Shiseido Sun Care Protective Liquid Foundation SPF 30 - lekki (wręcz wodnisty), mocno kryjący, odporny na pot, wodę i sebum o bardzo wysokim filtrze. To niedawny nabytek, użyty zaledwie kilka razy, na prawdziwy test czeka właśnie w Hiszpanii. Z recenzją wstrzymam się do powrotu.
  • tusz wodoodporny Max Factor 2000 Calorie - z wstępnych wrażeń stwierdzam, że to raczej przeciętniak, daje zdecydowanie  mniej spektakularny efekt niż jego niewodoodporny kuzyn. Kiedy już wyschnie cholernie mocno trzyma się rzęs i nie odbija pod okiem. Właśnie o to mi chodzi, bo nie mam ochoty na wakacjach sprawdzać non stop czy nie wyglądam jak panda. Do zadowalającego efektu potrzebuję trzech warstw. Teraz tusz jest w fazie podsychania ponieważ ma bardzo 'mokrą' i rzadką konsystencję. Po powrocie dam znać jak się sprawdził się w ekstremalnych warunkach.
  • preparat do opalania Nivea Sun Protect&Refresh SPF 30 - w zeszłym roku zakochałam się w wersji SPF 50, ale w tym roku nigdzie go nie mogłam znaleźć, ani w sklepach stacjonarnych, ani w internecie. Niemniej jednak myślę, że sama formuła tego preparatu jest genialna - to suchy olejek w opakowaniu z pompką. Preparat nie tłuści ubrań, ale i nie przesusza skóry. Przy regularnym stosowaniu zapewnia ładną a zarazem bezpieczną opaleniznę. W zeszłym roku nie doświadczyłam nawet lekkiego zaczerwienienia skóry, co niestety zdarzało się podczas stosowania innych preparatów.
  • Sun Ozone Żel Po Opalaniu z Aloesem - tak na wszelki słuczaj zaopatrzyłam się w żel łagodząco-chłodzący. Nawet jeśli mi się nie przyda, to może komuś na wyjeździe życie i skórę uratować. Żel jest nietłusty, nieklejący i pachnie naprawdę świeżo. Myślę, że sprawdziłby się fajnie nawet jako super lekki balsam nawilżający do ciała.
  • Marc Jacobs Daisy Eau So Fresh - zapach idealny na lato. Świeży, lekki, owocowo-kwiatowy. Bardzo kobiecy!
Przygotowania kosmetyczne to oczywiście nie wszystko. Jestem już w trakcie czytania przewodników, przeglądania stron internetowych dotyczących miejsc, w których będziemy. Na szczęście lista czytelnicza już domknięta, karty pamięci wyczyszczone i czekają w gotowości na zdjęcia. Przede mną jeszcze tylko skomponowanie playlisty, wykupienie dodatkowego ubezpieczenia i podstawowych lekarstw jak środki przeciwbólowe, wapno czy tabletki na ból gardła. Przezorny zawsze ubezpieczony.A potem już tylko ahoj przygodo!!! :)

A wy jak przygotowujecie się do wakacji? Planujecie czy idziecie na żywioł? Dajcie znać :)

Ściskam
Karolina x x x

poniedziałek, 21 lipca 2014

Dwie kremówki od Essie - Fiji i Lady Like

Nie jest tajemnicą, że polubiłam się z lakierami Essie. Mam ich całkiem pokaźną gromadkę. Wśród nich przeważającą większość stanowią te o kremowym wykończeniu bo jednak za błyskotkami na paznokciach nie przepadam. Nie jest też tajemnicą, że "esiaki" pomimo jednakowego wykończenia różnie zachowują się na paznokciach. Dziś właśnie o takim przypadku. Zapraszam na jeden hit i jeden kit od Essie. 


Odcień Fiji podejrzałam u Oleski, która go polecała. Zresztą nie tylko ona, bo ten lakier był chwalony na wielu blogach. Zachęcona recenzjami kupiłam go na jakiejś promocji w SuperPharm. Drugi taki sam kupiłam jeszcze siostrze. W kwestii koloru Fiji to bardzo jasny kremowy, może nawet lekko pudrowy róż. Na paznokciach bardziej przypomina biel, pastelowy róż schodzi na drugi plan. Kolor sam w sobie jest niezwykle uroczy i delikatny. Natomiast aplikacja tego czegoś to już koszmar. Lakier smuży i rozkłada się nierównomiernie, ma on również tendencję do rozlewania się na skórki. Jedna warstwa tylko straszy na paznokciu, dwie warstwy kryją już wystarczająco, ale trzeba aplikować Fiji w naprawdę cieniutkich warstewkach, bo inaczej ten ancymon bąbelkuje. Zaczęłam się intensywnie zastanawiać nad tą sytuacją, bo skoro inne dziewczyny nie narzekają na Fiji, a wręcz go wychwalają pod niebiosa to może po prostu mnie trafił się jakiś felerny egzemplarz z jakiejś dziadowskiej partii? Tak, czy owak efekt na paznokciach też nie do końca mi pasuje ponieważ Fiji daje kredowe i toporne wykończenie. Nie wspomnę już o nijakiej trwałości tego wynalazku - u mnie bez utwardzacza wytrzymuje bez odprysków zaledwie ok. 2-3 godzin. Siostra ma niestety identyczne doświadczenia z tym lakierem. 

Złe wiadomości już wam przekazałam, teraz czas na te dobre. Tą dobrą nowiną jest lakier Lady Like, który jest totalnym przeciwieństwem Fiji. Lady Like to elegancki neutralny beż w fiołkowej tonacji. Musicie uwierzyć na słowo bo na zdjęciach LL prezentuje się jakby romansował z brązem, a to nieprawda :) Malowanie paznokci tym lakierem to przyjemność. Lakier jest prawdziwie kremowy, nie powoduje smug, nie rozlewa się, a dwie warstewki dają pełne krycie. Jeśli mam mało czasu  i zależy mi na ekspresowym manicure wybieram właśnie Essie Lady Like + top coat, bo to sprawdzone i niezawodne rozwiązanie. Trwałość tego koloru jest standardowa dla marki Essie - w moim przypadku to ok. 3 dni. Lady Like był moim ulubionym lakierem jesienią i zimą. Używałam go niezmiernie często przez co jest teraz na wykończeniu i w buteleczce zostało go niewiele. Rzadko zdarza się abym lakier zużyła do końca, a w przypadku Lady Like tak się właśnie stało. Zakup kolejnej buteleczki już wkomponowałam w domowy budżet :)


Z racji tego, że nie mogłam patrzeć na to "tępe" wykończenie lakieru Fiji, potraktowałam dodatkowo paznokcie lakierem Wibo Express Growth z refleksami nr 451. To jedyny rodzaj błyskotki jaki dopuszczam u siebie na paznokciach. Źle chyba nie wyszło? :) 

Miałyście styczność z tymi lakierami? Jakie są wasze odczucia? Chętnie je poznam :)
Ściskam
Karola x x x

czwartek, 17 lipca 2014

Rewolucja na paznokciach - Sally Hansen Instant Cuticle Remover i Golden Rose Quick Dry Top Coat

Spokojnie, żadnych drastycznych zmian nie było. Dziś o dwóch małych produktach, które dosłownie zrewolucjonizowały mój sposób dbania o paznokcie (a właściwie o skórki) i wykańczania manicure. Here we go.

Pierwszym produktem, który przyczynił się do tej rewolucji jest Sally Hansen Instant Cuticle Remover - bezzapachowy żel służący do usuwania skórek. Instrukcja na opakowaniu zaleca nałożenie tego przezroczystego żelu na skórki, odczekanie 15 sekund i odepchnięcie/usunięcie ich za pomocą patyczka. Maksymalny zalecany czas pozostawienia żelu na dłoniach to jedna minuta. Po odepchnięciu skórek, należy umyć dłonie wodą z mydłem. Muszę przyznać z ręką na sercu, że to działa! Miałam już podobne produkty, ale żaden z nich nie był tak skuteczny i godny polecenia. Żel SH sprawdza się w stu procentach. Osobiście do usuwania/odpychania skórek stosuję kopytko z radełkiem (bawi mnie ta nazwa :D), które za niecałe 5 złotych kupiłam w HEBE. Silikonowe kopytko zachowuje się trochę jak gumka do ścierania i genialnie usuwa/odsuwa nadmiar skórek z płytki paznokcia. Żel sprawia również, że skłonność do tworzenia się tzw. zadziorków znacznie się zmniejsza, przez co paznokcie i manicure wyglądają bardziej estetycznie. Żel SH stosowany zgodnie z instrukcją nie powoduje u mnie przesuszenia, nie zauważyłam także żadnych innych negatywnych konsekwencji. Widzę same pozytywy...w szczególności jeśli upolujemy go w drogerii w jakiejś promocji ;) 


Drugim olśnieniem był Golden Rose Quick Dry Top Coat. Za 9 złotych dostajemy produkt, który według producenta jest ochronnym lakierem utwardzającym, wysycha w 60 sekund, przedłuża trwałość i zawiera filtry UV. Co prawda, to prawda :) Zgadza się prawie wszystko. Nie brałabym tylko na serio tych 60 sekund. Tak naprawdę "już" po pięciu minutach od aplikacji utwardzacza GR nie musimy się martwić o odgniotki.  Uważam, że to całkiem przyzwoity czas. Jeśli robicie manicure tuż przed położeniem się spać, nie musicie się obawiać, że rano wstaniecie z fakturą pościeli odciśniętą na paznokciach. Top coat GR dobrze utwardza i nabłyszcza lakier, na który jest nakładany przy czym nie zmienia jego barwy. Wykończenie manicure nabiera lekko żelowego charakteru i spokojnie wytrzymuje na dłoniach kilka dni (dla mnie to już dużo). Wad podczas aplikacji w postaci bąbelkowania czy ściągania lakieru podkładowego nie stwierdziłam, a testuję już drugie opakowanie tego wynalazku rodem z Turcji. Polecam wypróbowanie i przekonanie się na własnej skórze...erm raczej paznokciach :)
A tak Golden Rose Quick Dry Top Coat prezentuje się dłoniach:

bez lakieru nawierzchniowego GR                                                    z lakierem nawierzchniowym GR

GR w pełnej krasie i słońcu :)

Na paznokciach pojawiły się letnie lakiery Essie:

To Buy or Not To Buy / Bikini So Teeny / Turquoise & Caicos

Dwie małe buteleczki a różnica kolosalna.  Dzięki tym dwóm niepozornym produktom pielęgnacja moich paznokci stała się łatwa, szybka i przyjemna. 

Znacie te cudeńka?

Ściskam mocno
Karolina x x x 


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...